Ocena użytkowników: / 2
SłabyŚwietny 
Hiszpania, Kraj Basków
piątek, 25 kwietnia 2014 09:45
Agnieszka Kowalska   

0294 Saragossa.Kraj Basków

Na miejsce wiosennego urlopu wybrałam północno-wschodnie rejony Hiszpanii – Kraj Basków, który Baskowie nazywają Euskal Herria. Kraj Basków to jeden z najbogatszych i najbardziej uprzemysłowionych rejonów Hiszpanii, ale na szczęście nie odbiło się to znacząco na krajobrazie, który nadal jest niezwykle malowniczy. Podróż rozpoczęłam od Bilbao, największego miasta Baskonii (to inna nazwa tej krainy). 

Już z okien samolotu widać, że to trochę inna Hiszpania niż ta środkowa czy południowa, bo zamiast wielkich obszarów spieczonych słońcem, w kolorach brązowo-rudawo-żółtych, widać soczystą zieleń, gęste lasy pokrywające wzgórza i w tle surowe szczyty Pirenejów, gdzieniegdzie pokryte śniegiem. Lotnisko położone jest w dolinie, uwagę zwraca ciekawa i nowoczesna architektura terminalu zaprojektowanego przez Santiago Calatravę: nie osłonięta konstrukcja, żelbetowe żebra i cały szkielet budynku będący sam w sobie dekoracją oraz dużo przeszklonych powierzchni nadających całości lekkość.

0042 Bilbao.Droga prowadząca do miasta biegnie przez tunele i estakady wśród zielonych wzgórz, a wjazd do miasta jest zaskakujący, bo autobus wjeżdża w ponad kilometrowy tunel, by wyjechać za chwilę niemal w środku miasta. Uwagę od razu zwraca nowoczesna bryła Muzeum Guggenheima, a za nią widok na całe miasto i, oczywiście, wzgórza w tle. W hotelu recepcjonista zaczyna się głośno zastanawiać czemu wybrałam Bilbao, bo przecież według prognozy, którą właśnie widział, w Warszawie jest ponad 25 st. C, a tu tylko 15 i do tego mżawka... (jest koniec maja...) W pokoju włączone grzejniki, ale przecież nie przyjechałam siedzieć w hotelu, więc idę na wieczorny obchód miasta i jakiś obiad. Okazuje się, że mimo paskudnej pogody na ulicach mnóstwo ludzi, którzy też wyszli na obiad (miejscowi często jeszcze w zimowych ubraniach – kilka pań nosiło futra, turystów można poznać po zdecydowanie lżejszej garderobie). Ogródki restauracyjne są zapełnione, wszędzie głośne rozmowy – po prostu wieczorne życie Hiszpanii właśnie się zaczyna. Ponoć te rejony słyną z doskonałej kuchni, szczególnie ryb i owoców morza, ja jednak poprzestaję na zupie cebulowej i paelli, z której pracowicie wyciągam jakieś zwierzątka morskie (nie wiem co to było, z panią kelnerką nie znalazłyśmy wspólnej płaszczyzny językowej, choć jej to akurat nie przeszkadzało i dokładnie mi wytłumaczyła, co jem).

0019 Bilbao.Bilbao jest malowniczo położone w meandrach rzeki Nervion, która ok. 15 km dalej na północ wpada do Zatoki Biskajskiej. Spacer przerywa mi nasilający się deszcz. Rano, niestety, nadal jest pochmurno i pada, ale pyszne tapas na śniadanie (tu zwane pintxos) oraz rozmowa z barmanem poprawiają mi humor. Jak Bilbao, to oczywiście Muzeum Guggenheima. Choć nie jestem fanką sztuki nowoczesnej, to budynek muzeum, ze względu na wspaniałą konstrukcję i architekturę, jest głównym punktem programu. Rząd Baskonii, chcąc ożywić rejon, który mocno podupadł od czasu śmierci generała Franco w 1975 r., postanowił, obok innych działań, np. budowy metra, nawiązać współpracę z Fundacją Guggenheima w Nowym Jorku, co zaowocowało wybudowaniem muzeum. I rzeczywiście, do Bilbao zaczęli masowo ściągać turyści, którzy chcieli zobaczyć niesamowitą bryłę Muzeum zaprojektowaną przez Franka O. Gehry'ego, oraz zbiory sztuki tam zgromadzone. Budynek jest obecnie chyba w każdym zestawieniu osiągnięć architektury światowej, które po prostu trzeba zobaczyć. Przy tej okazji powstały również inne obiekty o wyjątkowej architekturze, takie wspomniany terminal lotniczy czy Zubizuri (po baskijsku Biały Most) projektu Calatravy. Styl budynku Muzeum zalicza się do tzw. dekonstruktywizmu, który zakłada m.in. fragmentację bryły, wprowadzenie krzywoliniowych kształtów oraz nieprzewidywalności architektury poprzez zaburzenie elementów konstrukcji. Muzeum obłożone jest płytami blachy tytanowej, co zapewne daje niesamowitą grę świateł w słońcu, czego mogę się domyślać, bo nawet przy zachmurzeniu, w zależności od kąta patrzenia bryła przybierała najróżniejsze odcienie. A w środku sztuka nowoczesna. Mnie najbardziej podobała się sala z obrazami surrealistów, ale wrażenie robi też Galeria Arcelora, który do tej pory kojarzył mi się jedynie z producentem różnego rodzaju blach dla budownictwa i przemysłu (Arcelor Mittal jest właścicielem m.in. Huty Warszawa), a tutaj okazał się mecenasem sztuki oraz dostawcą materiałów na eksponaty w jednym ze sławnych muzeów. W wielkiej sali znajdują się wysokie ściany obłożone metalowymi płytami z rdzawym nalotem, ustawione w labirynty, do których można wejść. Bardzo pomysłowa reklama produktów sponsora! Oczywiście, ma to głębszy sens szczegółowo wyjaśniony w audioprzewodniku. W każdym razie – muzeum działa na emocje i nie można wyjść stamtąd obojętnym – można podziwiać wspaniałą konstrukcję budynku, a wnętrze to uczta dla koneserów sztuki nowoczesnej.

0102 San Sebastian.Jeszcze szybki rzut okiem na otoczenie Muzeum (kilka niebanalnych rzeźb/instalacji, no i sama aranżacja przestrzeni wokół budynku) i czas zmienić perspektywę patrzenia na miasto – zmierzam w stronę Plaza Funicular skąd startuje Funicular de Artxanda, czyli kolejka wwożąca pasażerów na 770-metrowe wzgórze Artxanda, skąd roztacza się piękny widok na miasto i jego okolicę oraz z drugiej strony na dolinę, w której położone jest lotnisko, a dalej ocean. Niestety, pogoda nie sprzyja podziwianiu widoków – jest bardzo zimno i wieje. Wracam więc do centrum, zwiedzić Casco Viejo (Stare Miasto) zaczynając od baru z tapas, w ramach rozgrzewki. Starówka pełna jest barów i lokali godnych uwagi, pewnie można by stworzyć osobny przewodnik ze szlakiem gastronomicznym. Teraz mogę po prostu powłóczyć się po staromiejskich uliczkach, poczuć klimat miasta. Dochodzę do Plaza Nueva, który od razu przywodzi mi na myśl madrycki Plaza Mayor, w trochę tylko skromniejszej wersji. Po drodze oglądam piękny neobarokowy Teatro Arriaga, położony tuż przy rzece, gotycką katedrę św. Jakuba (z tyłu do starych kamiennych murów dostawione są bardzo współczesne i bardzo tandetne pawilony – ten kontrast jest straszny!), barokowy kościół św. Mikołaja, secesyjną halę targową Mercado de la Ribera, no i mnóstwo uroczych kamieniczek! Na popołudnie zostawiam sobie nowszą część Bilbao – dzielnice Abando i Ensanche. Tu mieszczą się wszystkie główne urzędy, banki i luksusowe sklepy. W architekturze dominują style historyczne, najczęściej w eklektycznym wydaniu. Nad rzeką niegdysiejsze tereny przemysłowe, doki i magazyny kolejowe ustąpiły miejsca nowoczesnej zabudowie mieszczącej m.in. galerie handlowe, centra konferencyjne oraz Muzeum Maritimo Ria de Bilbao z ekspozycją na temat dziejów portu i rzeki.

0141 San Sebastian.Pobyt w Bilbao dobiega końca, czas ruszać dalej, więc nowy dzień rozpoczynam od podróży do San Sebastian. Po drodze znów mogę cieszyć się widokami, soczystą zielenią pokrywającą wzgórza i drogami meandrującymi wśród skalistych zboczy. Początkowo miałam zamiar prosto z Bilbao jechać do Pampeluny, ale zobaczywszy w Google Earth położenie San Sebastian i przepiękny lazurowy kolor zatoki La Concha wcinającej się w miasto nie mogłabym nie zajrzeć tam choć na kilka godzin. Baskijska nazwa San Sebastian to Donostia. Miasto to uznawane jest za perłę baskijskiego wybrzeża, to tutaj latem, gdy na południu i w centrum kraju panują ciężkie do wytrzymania upały, można znaleźć wytchnienie i odpocząć w ciepłym, ale nie upalnym klimacie, na pięknych plażach, wśród łagodnych wzgórz, z widokiem na Zatokę Biskajską. I rzeczywiście, gdy dochodzę do centrum otwiera się przede mną wspaniały widok – zatoka zwężająca się w kierunku wyjścia na pełne morze i dwa wzgórza górujące nad miastem osłaniające Donostię od wiatru znad Atlantyku. A na środku zatoki La Concha wyspa Santa Clara. Kieruję się w stronę Parte Vieja, czyli Starego Miasta. Niestety, jest pora sjesty i niemal wszystkie atrakcje turystyczne są pozamykane, pozostaje mi zwiedzić co się da z zewnątrz. Bazylika Santa Maria olśniewa misternie zdobioną, barokową fasadą, detalom można się długo przyglądać. Ciekawy jest główny plac starówki La Plaza de la Constitucion – otaczające go domy na balkonach mają wypisane numery, które są pozostałością po czasach, gdy plac był wykorzystywany jako arena korridy. Znów kuszą mnie bary tapas, a ulewa sprawia, że wręcz koniecznie muszę przynajmniej do jednego z nich wejść. Gdy wychodzi słońce zmierzam w stronę wzgórza Monte Urgull Mendia, którego zalesione zbocza sąsiadują ze Starym Miastem. Na szczycie wzgórza znajduje się ogromna figura Chrystusa oraz zamek Castillo de la Mota – podobno rozciągają się stamtąd wspaniałe widoki na okolicę, jednak brakuje mi czasu, aby to sprawdzić. W zamian idę na szybki spacer wokół wzgórza. Droga wiedzie umocnionym kamiennym murem nabrzeżem, o które z wielkim hukiem rozbijają się fale otwartego morza.

0159 Pampeluna.Wracam do centrum i spieszę się na kolejny autobus – czas jechać do Pampeluny. Znowu po drodze zachwycają krajobrazy, a Pireneje są coraz bliżej, ale niepokoi mnie temperatura zewnętrzna, która coraz bardziej spada. Wyświetlacz, gdy ruszaliśmy z Donostii, pokazywał 15°C, gdy dojeżdżamy do Pampeluny waha się między 9 a 10°C. Gdy docieram do hotelu jestem już porządnie zmarznięta (i nawet zdążyłam zmoknąć), recepcjonista mówi mi, że w tym roku jest fatalnie i zima wciąż nie chce się skończyć, choć to już koniec maja... Ale i tak od razu idę na pierwszy spacer. Okazuje się, że Hiszpanów nie odstrasza taka aura i bawią się w najlepsze w niezliczonych barach. A że bary są najczęściej malutkimi lokalikami, większość ludzi stoi na zewnątrz, popijając wino (mają tam nawet półeczki na zewnątrz, żeby było gdzie postawić kieliszki), jedząc tapas i głośno rozmawiając. Gdzieś pomiędzy ludźmi krążą kelnerzy i cały czas zastanawiam się, skąd wiedzą, kto w którym barze pije? Pampeluna (Pamplona, bask. Iruña) to stolica Nawarry. Jej nazwa wywodzi się od Pompejusza Wielkiego, który stacjonował tam z rzymskim garnizonem. Pampeluna przez setki lat była potężną twierdzą u podnóża Pirenejów, strzegącą północnych krańców Hiszpanii. Obecnie najbardziej jest znana z lipcowych (6-14.07) Fiestas de San Fermin, na świecie rozsławionych przede wszystkim przez uliczne gonitwy byków po ulicach miasta. Ale poza gonitwami w mieście przez tydzień trwa wielka zabawa, i ponoć, mimo ogromnych tłumów turystów, to miejscowi bawią się najlepiej.

0215 Pampeluna.Chodząc po tych wąskich uliczkach próbuję sobie wyobrazić jak te tłumu ludzi razem z pędzącymi bykami mogą się tu pomieścić? Pampeluna to również ważne miejsce na szlaku pielgrzymkowym do Santiago de Compostela. Zresztą na mapkach z informacji turystycznej obie trasy – gonitwy byków oraz drogi do Santiago – są wyraźnie oznaczone, więc można się nimi przespacerować. Casco Antigou czyli Stare Miasto leży na wysokiej skarpie, która jest dodatkowo umocniona murami obronnymi. Stojąc na szczycie murów podziwiam panoramę miasta u stóp skarpy, meandrującą w dole rzekę Arga i rozległe tereny wokół miasta, z górami w tle. Mury są wysokie, ale dla zmęczonych i/lub leniwych zamontowano windę, więc można wygodnie i szybko dostać się na dół. Zachwycają mnie wąskie i stare uliczki hiszpańskich miast, pełne domów o ciekawej architekturze, starych kościołów o specyficznym zapachu oraz lokalnego kolorytu. Po drodze przechodzę przez duży Plaza de Castillo z mnóstwem kawiarni. Szkoda, że deszcz leje i nie da się siedzieć w ogródkach, więc mogę sobie tylko wyobrazić jak to miejsce tętni życiem przy bardziej sprzyjającej pogodzie. Deszcz idę przeczekać w katedrze – wspaniały gotyk, trochę tylko zaburzony XVIII-wieczną fasadą. Wnętrze to już głównie gotyk, z wieloma przykładami sztuki zdobniczej i rzeźbiarskiej średniowiecza, ale mnie najbardziej podobają się krużganki, wirydarz oraz duży refektarz z wydzieloną kuchnią, której największą atrakcją są ogromne kominy nad paleniskami (widać niebo).

0164 Pampeluna.Na koniec zostawiam sobie zwiedzenie cytadeli ze świetnie zachowanymi murami, basztami i mostkami oraz innymi elementami obronnymi – obecnie jest tam park. Całość ma kształt pięcioboku z wysuniętymi na narożnikach basztami.

Opuszczam Pampelunę i zmierzam ku kolejnemu miastu – Saragossie. Krajobrazy po drodze zaczynają się zmieniać, kończy się Kraj Basków, a zaczyna Aragonia. Saragossa założona została przez Cezara Augusta (stąd nazwa) dla weteranów wojen kantabryjskich. My w języku polskim używamy katalońskiej nazwy miasta, ale na miejscu zdecydowanie częściej występuje w hiszpańskiej wersji językowej: Zaragoza. Miasto położone nad rzeką Ebro jest czyste, zadbane, z szerokimi ulicami i zachęcającymi do spacerów bulwarami. No i wreszcie jest słonecznie i trochę cieplej! Niedzielę mam zaplanowaną intensywnie, ale okazuje się, że moje zamiary weryfikuje hiszpańska organizacja niedzieli – zdecydowana większość zabytków czynna jest w godzinach 10-14... Wybieram więc na początek Pałac Aljaferia, który został wybudowany przez Maurów w XI wieku (zaczęli już w IX, ale się budowa dłużyła), jest więc starszy niż słynna granadzka Alhambra czy sewilski Alkazar. Przez wieki przebudowywany i rozbudowywane, był siedzibą władców Aragonii, następnie Inkwizycji, a obecnie jest miejscem obrad aragońskiego parlamentu. Zachwycają mnie koronkowe dekoracje rzeźbiarskie, piękny dziedziniec z drzewkami pomarańczowymi i sadzawkami, a we wnętrzach wspaniałe freski oraz bogato zdobione sufity, często drewniane (jak one dotrwały do naszych czasów mimo tylu wojen i przebudów?). Sama bryła pałacu prezentuje się znakomicie na tle błękitnego nieba. Wracam do centrum, by obejrzeć Plaza del Pilar – główny plac Starego Miasta. Obecnie odnowiony, wyłożony jasnymi płytami tworzy dużą przestrzeń otoczoną wspaniałymi zabytkami: od rzymskich murów obronnych, poprzez ogromną Bazylikę Nuestra Señora del Pilar, renesansowy budynek giełdy (La Lonja), po starą katedrę i wielkomiejskie kamienice. Bazylika Najświętszej Maryi Panny na Kolumnie powstała w miejscu, w którym św. Jakubowi Apostołowi na rzymskie kolumnie ukazała się Matka Boża. Z czasem wokół kolumny powstała wczesnochrześcijańska kaplica, z biegiem lat otaczana przez kolejne wersje rozbudowywanego kościoła. Teraz bazylika ma 4 narożne wieże oraz 11 kopuł wyłożonych ceramicznymi płytkami i prezentuje głównie styl późnego baroku. Jest to jedno z najbardziej znanych i otaczanych największą czcią sanktuariów maryjnych w Hiszpanii, Madonna del Pilar jest patronką Świata Hiszpańskiego, a dzień 12 października, Jej, święto, jest świętem narodowym Hiszpanii. Jestem trochę zaskoczona, bo byłam pewna, że figura Matki Bożej na Kolumnie będzie od razu widoczna i wyeksponowana, a tymczasem ogrom kościoła sprawia, że dopiero po dłuższym czasie docieram do Kaplicy, w której ilość zdobień sprawia, że Kolumna z Figurą ginie na tle innych wspaniałości. Mnie szczególnie wpada w oko wspaniały alabastrowy ołtarz z misternymi dekoracjami rzeźbiarskimi przedstawiającymi sceny biblijne. Gdy na czas mszy ołtarz zostaje podświetlony, trudno mi oderwać od niego wzrok.

0254 Saragossa.Po wyjściu z bazyliki zagłębiam się w uliczki Zaragozy (niestety, niedzielne godziny otwarcia nie pozwalają mi zwiedzić wnętrza renesansowej Giełdy ze wspaniałymi gotyckimi sklepieniami ani starej katedry...) w poszukiwaniu pozostałości z czasów rzymskich. I wkrótce docieram do ruin rzymskiego teatru, bardzo dobrze zachowanego i chronionego przed warunkami atmosferycznymi nowoczesnym dachem o lekkiej konstrukcji stalowej. Co jakiś czas trafiam na łuk albo fragmenty rzymskich murów obronnych – a wszystko to wplecione we współczesne, tętniące życiem miasto. Piękny widok na Stare Miasto rozciąga się znad bulwarów wzdłuż rzeki Ebro – pocztówkowe wręcz spojrzenie na Saragossę. Idealna do spacerów jest główna ulica staromiejska Avenida Cesar Augusto wraz z odchodzącymi od niej uliczkami – w dzień pełna gwaru i eleganckich sklepów, w widokiem na główną kopułę Bazyliki Nuestra Señora del Pilar, a wieczorem miejsce, gdzie można znaleźć restaurację z dobrym jedzeniem i wczuć się w klimat miasta. Kolejny intensywny i pełen wrażeń dzień dobiega końca, brakuje czasu by dokładniej zwiedzić piękną Saragossę.

0331 Barcelona.Przede mną ostatni punkt mojej wycieczki: krótka wizyta w Barcelonie. Po czterogodzinnej jeździe z Zaragozy wysiadam na XIX-wiecznym Estacio del Nord i znów mogę cieszyć się wspaniałością i gościnnością stolicy Katalonii. Obowiązkowo idę sprawdzić postęp budowy kościoła Sagrada Familia, a później przespacerować się po Barcelonecie – jedynej w swoim rodzaju dzielnicy, gdzie każda ulica prowadzi nad morze, gdzie można spotkać mieszkańców przesiadujących na progach swoich domów i głośno rozmawiających z sąsiadami (uliczki są bardzo wąskie, więc rozmowy toczą się bez wychodzenia z domów), gdzie nad głowami przechodniów porozwieszane jest pranie, a na Placa del Poeta Bosca wolny czas z rodzinami i przyjaciółmi spędzają miejscowi. To wciąż dzielnica nie zalana morzem turystów. Rano wizyta na Mercat de la Boqueria, by spróbować świeżych owoców, hiszpańskich szynek oraz słodyczy i po prostu poprzyglądać się niezwykle barwnym stoiskom, sprzedawanym tam artykułom, wyłowić wzrokiem z tłumu turystów barcelończyków (szczególnie kobiety) robiących codzienne zakupy – oni przebierają, wybrzydzają, targują się, wdają w głośne dyskusje, zamiast brać jak leci i jeszcze robić sobie zdjęcia na tle stoisk, jak to mają w zwyczaju turyści. Po gwarze la Boquerii idę w stronę Montjuic – choć już kilkakrotnie zwiedzałam jego zbocza, to jeszcze nigdy nie dotarłam na szczyt, do twierdzy. Do Castell de Montjuic można dostać się autobusem lub kolejką linową Teleferic de Montjuic. Po wojnie domowej, za rządów generała Franco, zamek był bazą wojskową i wiezieniem, dominował nad Barceloną, mając przypominać jej mieszkańcom, że bunt przeciwko systemowi i niepodległościowe zapędy Katalonii będą krwawo tłumione. Od 1963 znajduje się tam Museu Militar. Po twierdzy można spacerować, oglądać mury i elementy uzbrojenia, ale największe wrażenie robią widoki – z jednej strony panorama Barcelony (stąd widać, jak potężną budowlą w stosunku do reszty zabudowy jest Sagrada Familia), a z drugiej fantastyczny widok na morze, port towarowy, statki czekające na redzie, oraz lotnisko El Prat.

0382 Barcelona.Na idealne popołudnie składa się spacer po plaży – jest chłodno, mocno wieje, ludzi na brzegu prawie nie ma – idealne warunki, by popatrzeć na wzburzone morze i na samoloty przygotowujące się do lądowania. Po huku fal i smaganiach wiatru metro wydaje się zacisznym i ciepłym miejscem. Jadę obejrzeć położoną trochę na uboczu centrum Casa Vicens, jedno z pierwszych dzieł Antonio Gaudiego. Zapada zmrok, ulica jest dość wąska i pusta, ale kamienica od razu daje się zauważyć i zwraca uwagę glazurowanymi pasami na elewacji, wieżyczkami w stylu mauretańskim i niezwykłym detalem wykończenia balkonów i balustrad. Wracam do centrum na wieczorny spacer po dzielnicy Eixample – o tej porze najbardziej ją lubię, kamienica po kamienicy mogę oglądać niezwykłą architekturą, często powyżej drugiej kondygnacji skrytą już w półmroku. Zostaje jeszcze kilka godzin poranka, by nacieszyć się Barceloną, więc ruszam najpierw do Port Vell – o tej porze jeszcze bez tłumu turystów – popatrzeć na spokojne morze i błękitne niebo (wyjeżdżam, więc pogoda zrobiła się przepiękna...) i na pomnik Krzysztofa Kolumba, akurat ubranego w koszulkę FC Barcelony; a potem jeszcze pokluczyć po uliczkach Barri Gotic, zajrzeć na dziedziniec katedry i sfotografować 13 białych gęsi św. Eulalii. No i czas na lotnisko, już tęsknię za Hiszpanią i mam nadzieję, że wkrótce znów tam wrócę.

Dodaj swój komentarz

Imię:
Twój email:
Temat:
Komentarz: