Ocena użytkowników: / 2
SłabyŚwietny 
Portugalia, Madera
poniedziałek, 14 października 2013 09:59
Irmina Szadkowska-Filipowicz   

PontaDelgada_widokzoknaMałe Hawaje czyli portugalska Madera.

Przeżyłam dejavu! Poleciałam na wakacje do Portugalii, a znalazłam się na Hawajach, tylko nieco mniejszych!

Gdy czasem zamykałam oczy i wyobrażałam sobie: tropikalne, zielone góry otoczone wzburzonymi falami oceanu, wielkimi palmami, silnym wiatrem zmuszającym chmury do krążenia nad wyspą i kolorowymi kwiatami, a wszystko to w rytmie beztroskiego „Aloha”, od razu znajdowałam się na Hawajach. Od teraz trafiam na Maderę…

Egzotyczna roślinność, wspaniałe góry, morze, chmury zawieszone nisko nad głowami, ciepły i rześki wiatr, kolorowe kwiaty, i palmy machające do turystów, i mnóstwo intymności: tylko ty i natura (i twoja rodzina, ale udajmy przez chwilę, że jesteśmy sam na sam z tym dzikim kawałkiem świata). Dawno nie przeżyłam takiego oderwania od rzeczywistości, istne katharsis.

Klif_Canical1Wstajesz rano, odsłaniasz okno i znów wpadasz w zdumienie. To samo, które powitało cię na lotnisku ( a nawet już w samolocie, spoglądając z okna na panoramę Madery)!. Trwasz w tym osłupieniu przez dłuższą chwilę (nim córka krzyknie: PALMA!), oddychasz głęboko, nieważne, że słońce jeszcze śpi… (na Maderze dość późno robi się jasno, ok.8). Masz ochotę zamieszkać na tym tarasie na zawsze… Bosko!

Ech… OK! Czas wyjść na łowy bogactwa naturalnego Madery. Nie tracimy czasu na zastanawianie się od czego zacząć, tylko zgodnie z planem, jedziemy tam, gdzie spodziewamy się tłumu turystów, czyli na północno-wschodnią część wyspy, na Cabo de São Lourenço opodal małej, portowej miejscowości Canical. Klif ten jest wizytówką Madery, znajduje się na większości pocztówek i absolutnie nie jest przereklamowany! Na miejscu, ku naszemu zdziwieniu, żadnego tłumu turystów nie spotkaliśmy. Na wędrówkę udaliśmy się z dwuletnim dzieckiem i przeszliśmy 90% trasy, więc szlak do trudnych się nie zalicza. Jest za to przepiękny! Nawet Eryka co chwila zatrzymywała się z zachwytem i krzyczała: „Ale widooook!”. Spacer można porównać z tatrzańskimi Czerwonymi Wierchami, a raczej z ich szczytami, zarówno stopniem trudności, jak i malowniczością. Z ta różnicą, że Czerwone Wierchy nie są otoczone lazurowym oceanem, rdzawymi skałami, niczym z filmu „Piraci z Karaibów”. Miejscami można było się także poczuć jak we „Władcy pierścieni”, a gdy zawiał wiatr, jak w „Twisterze”, bo wiało niemiłosiernie…

PortoMonizNastępny dzień zaprosił nas na drugi koniec wyspy, do Porto Moniz, do kompleksu kąpieliskowego ulokowanego w naturalnych basenach skalnych. Brzmi leniwie?:) A jakże! Szkoda tylko, że temperatura wody i powietrza nie sprzyjała oceanicznym kąpielom… Madera bowiem przez cały rok liczy od ok. 15 do ok.25 stopni Celsjusza. Dodajmy do tego chmury i chętnych do pluskania się w wodzie robi się mniej. Zamoczyliśmy kostki i udaliśmy się na poszukiwanie słońca. A gdzie? Nad chmury.

Pojechaliśmy w góry, zdobyć Pico do Arieiro, trzeci co do wysokości szczyt Madery (1818m n.p.m.). Udało się bez problemu (gdyż bardzo wysoko można wjechać samochodem). Na miejscu spacerowaliśmy po szlaku w kierunku drugiego szczytu, Pico Ruvio (1861m n.p.m.). Niestety nie doszliśmy (bo to ok.6km drogi) ze względu na Erykę, ale i tak pokonaliśmy wspólnie kawał trasy, podziwiając przy tym cudowne góry przytulone do chmur. Zaznaczę tylko, że mimo iż szczyt Pico do Arieiro jest w zasięgu ręki każdego, to dalszy szlak już taki nie jest. Wiedzie po bardzo wąskich i stromych ścieżkach, na zmianę w górę i w dół, ale warto go przejść, choć kawałeczek (nawet z dzieckiem na rękach)!

Pico_do_Arieiro2Do Pico Ruvio zrobiliśmy jeszcze jedno podejście, następnego dnia. Pojechaliśmy od drugiej strony, ale również skończyło się w połowie drogi. Może następnym razem… gdy Eryka trochę podrośnie…(i zostanie z dziadkami:) )Na szczęście i tym razem udało się wjechać na tyle wysoko, by podziwiać wyspę, a raczej morze chmur, z góry. W dodatku na obu wzniesieniach mocno świeciło słońce, co zaowocowało brązową opalenizną i podwójnym zadowoleniem męża:).

Zachłystnięci zabójczymi krajobrazami, udaliśmy się w miejsce, które w filmach mogłoby grać amerykańską „Route 66” czyli na płaskowyż Paul da Serra. Długie odcinki asfaltowej trasy wiodącej przez gładki jak stół obszar wrzosowo-złoto-zielony. Piękny i spokojny. Jedziesz i jedyne co ci się nasuwa to pisenka: „How to save a life” The Fray. Niesamowite wrażenie! W dodatku tam zazwyczaj świeci słońce, nawet jak w niższych częściach jest ono zasłonięte chmurami.

PauldaSerraIdąc tropem słońca, następnego dnia, wyszliśmy naprzeciw zachciankom córki i pojechaliśmy na wschód, do Machico, na jedyną na wyspie, piaszczystą plażę. Piasek został tam przywieziony z Maroka i podobno jest to jedna z najmniej trafnych inwestycji Madery. Ja się z tym nie zgodzę, bo radość jaką przez cały dzień przeżywała Eryka, była bezcenna. Córka dzielnie znosiła wszystkie dotychczasowe wycieczki, więc należał jej się odpoczynek wśród zamków z piasku i spienionych fal morza. Niestety nie starczyło nam czasu na odwiedzenie samego Machico, pomachaliśmy mu więc z okna samochodu. Podobno jest bardzo klimatyczne, choć dla mnie ta część wyspy jest zbyt płaska i monotonna. Zdecydowanie lepiej budzić się z widokiem na skaliste klify, niż na niedużą piaszczystą plażę.

 

PontaDelgadaMadera nie wydaje się być wyspą komercyjną. Nie licząc stolicy Funchal, w której znajdzie się McDonald’sa czy niektóre popularne butiki, w większości zakątków wyspy, nawet tych najbardziej polecanych przez przewodniki, nie spotka się dużych marketów czy sieciowych kawiarni. Rzadkością są nawet sklepiki z pamiątkami. Trzeba się cieszyć, jeśli się natrafi na lokalny „spożywczak”, w którym kupi się coś do picia! Docenia się to bardzo, zwłaszcza, gdy poświęca się dzień na zwiedzanie mniejszych mieścinek północno-centralnej części wyspy, takich jak: Ponta Delgada (wioska, w której mieścił się nasz hotel) oraz Sao Vincente. Obie mieściny są czarujące, wypełnione spokojem i tradycyjną atmosferą. Mieszkańcy bardzo dbają o domy i otoczenie, np. ozdabiając uliczki kolorowymi kwiatami zawieszonymi na drutach telegraficznych. Spacerując po brukowanych uliczkach, można podziwiać białe domki, z zielonymi okiennicami i ceglanymi dachówkami, obrośniętymi różnorodną, pnącą roślinnością. Lokalne kafejki są obowiązkowym punktem programu: sok z marakui oraz grzanki z czosnkiem (świeżym zielonym czosnkiem!) smakują nawet antagonistom kuchennych eksperymentów:) Relaks w takich tubylczych wioskach jest bardzo refleksyjny, nagle czas się zatrzymuje, ty przestajesz mieć konsumpcyjne potrzeby, spoglądasz na swoją rodzinkę i po prostu się cieszysz chwilą. Serio! Nic nie jest ważne, tylko tu i teraz. W dodatku Portugalczycy są bardzo mili i serdeczni, co dodaje wewnętrznej radości i poczucia bezpieczeństwa. Przez chwilę wydawało mi się, że nasz Kazimierz Dolny ma podobny nastrój jak Sao Vincente, ale nie… Tutaj jest dużo intymniej. Nawet komisariat policji delektuje się leniwym spokojem, do tego stopnia, że gdy przyjechaliśmy zapłacić mandat, mieli ogromny biurokratyczny problem . Poza tym w okolicy Sao Vincente znajduje się zespół jaskiń: Grutas de Sao Vincente, które również warto zwiedzić. Nam się nie udało, zostawiliśmy to na następny raz.

Funchal9Dni mijają. Trzeba dokonywać coraz skrupulatniejszej selekcji kolejnych planów wycieczkowych. Tym razem kostka wypadła na stolicę Funchal. Wahaliśmy się długo, bo mnóstwo natury cały czas czekało na penetrację, ale nasze zamiłowanie do miast wygrało. Funchal nie jest typową miejską aglomeracją. Umiejscowiony jest między zielonymi szczytami i morzem, z przepięknym portem, będącym miejscem wypadowym na sąsiednie wysepki (w tym Porto Santo). Panuje tam typowo śródziemnomorska atmosfera: knajpki z owocami morza, lejące się strumieniami wino Madera (zbliżone procentowo do Porto) i sklepiki z pamiątkami. Nie brakuje także markowych butików czy eleganckich restauracji. Jednakże, jeśli ktoś się nastawia na shoppingowe szaleństwo, mocno się rozczaruje. Eksport na Maderę jest bardzo drogi, przez co wiele firm się nie decyduję na otwieranie tam swoich punktów. Najwyraźniej Portugalczycy się tym nie przejmują, w zamian oferują lokalne wyroby np. znakomite, ręcznie robione torebki w regionalne wzory (czerwono-czarne paski). Oczywiście wsparliśmy Maderyjczyków:) Wypiliśmy też lokalną kawę i zjedliśmy mniej lokalną, a bardziej włoską pizzę… I z pełnymi brzuszkami, udaliśmy się na spacer po zakamarkach Funchal. Miasto wrzało od turystów, na każdym rogu słychać było śmiech i głośne rozmowy. Ale wystarczyło zejść z głównego deptaku, w głąb miasteczka, i powracał spokojny charakter wyspy. Rozczulił nas widok kilkudziesięciu mężczyzn (w różnym wieku, choć średnia i tak dawała 60…), siedzących przy kamiennych stolikach i grających w karty, kości i domino! Grali zawzięcie, rubasznie pokrzykując przy każdym ruchu. Niektórzy palili cygara i tylko zza pleców kolegi wspierali mentalnie kolejne posunięcia. Staliśmy tak dłuższą chwilę, bo aż oczy się cieszyły, jak ci starsi ludzie wspólnie spędzają czas! Już wiele razy po powrocie z latynoskich krajów do Polski, przychodził lekki smutek, że u nas starszych ludzi zamyka się w domach (w najlepszym wypadku obdarowując czworonogiem, którym się trzeba opiekować), Hiszpanie, Portugalczycy czy Włosi wychodzą na ulice, nie chowają się po kątach, nie rezygnują z życia, tylko cieszą się, jak dzieci, np.grą w karty. Może już i nasze pokolenie też takie będzie?

Funchal7Trochę melancholijnie się zrobiło, a przecież ostatnim punktem programu jest coś, co tygryski lubią najbardziej, czyli park rozrywki! Ok, w tym przypadku to jest mocno przesadzone hasło. Ograniczmy się zatem do miana: park. Oficjalnie nazwany „Parkiem tematycznym Madery”, w mieście Santana. Jest to bardzo zabawne miejsce, skierowane niby do dzieci (ale nie tylko!): połączono bowiem skansen z odrobiną rekreacji. Wykorzystano zabytkowe domki mieszkańców Madery (które do II Wojny Światowej funkcjonowały jako prawdziwe chaty), w celu stworzenia atrakcji turystycznej. Zbudowano dodatkowo plac zabaw dla dzieci, restauracje, muzeum interaktywne. Można zobaczyć, jak się zaplata wiklinowe kosze czy popływać łódką po stawie. Hitem jest ciuchcia, która obwozi turystów po całym parku. Przyznam szczerze, że będąc amatorem parków rozrywki, nie zaspokoiłam „swojego wewnętrznego dziecka”, ale na pewno ucieszyłam pierworodne. Eryka miała gdzie się wybiegać i wybawić. A i obiad w takim skansenie ma ogromny urok.

Kończąc zdecydowanie za krótką wycieczkę, jednogłośnie stwierdziliśmy, iż Madera jest jednym z najpiękniejszych miejsc, jakie do tej pory widzieliśmy! Każdy by się tutaj odnalazł, choć jeśli ktoś preferuje wypoczynek leżakowy, odradzam wybór tej wyspy. Madera zasługuje na uważne smakowanie jej, kawałek po kawałku… My jesteśmy nadal głodni, więc wrócimy na pewno na nasze małe Hawaje!

droga_do_Pico_do_ArieiroMachico

Funchal5Funchal10

Czytaj także:

Portugalia - Lizbona i okolice

Portugalia - Oceanarium

FOTOGRAFIA:

Portugalia - Lizbona i okolice

Portugalia - Cabo da Roca
Komentarze (2)
odp:za ile?:)
2 wtorek, 15 października 2013 11:54
Wyspa cudownie cudowna, koszt niestety słono-słony... My skorzystaliśmy z wycieczki Itaki (drugi raz w życiu, bo zazwyczaj sami wszystko załatwiamy). Ale tym razem własnie ze względu na koszty, wzięliśmy wycieczkę (sam lot+nocleg+śniadania i kolacje). Reszta na własną rękę, w tym wypożyczenie samochodu (tutaj nie było bardzo drogo). Nie będę pisała, ile nas to dokładnie wyniosło, tylko odwołam do śledzenia wycieczek, bo jednak to się najbardziej opłaca.
Całkowicie samodzielna organizacja na Maderę się nie opłaca, chyba, że zabierzecie się czarterem z wycieczką. To jedyna opcja. Ale potem trzeba jeszcze dostać się do hotelu + nocleg i jedzenie. Sumując, lepiej już z wycieczką.
Ceny wycieczek są bardzo różne... My wybraliśmy (przypadkiem) jedną z najtańszych opcji, więc mieliśmy farta. Warto śledzić last minute albo przeciwnie, wykupić ze sporym wyprzedzeniem.
Tak więc koszty to: cena wycieczki (w tym lot, nocleg, zazwyczaj posiłki) + koszt samochodu (a jeśli ktoś nie chce na własną rękę, to wycieczki faktultatywne, które są bardzo drogie, moim zdaniem) i ew.od czasu do czasu jakiś obiadek w terenie. Jak pisałam, Madera to głównie natura, tym samym nie naciąga do dalszego wydawania pieniędzy).
Dodam tylko,że jeśli ktoś woli leżeć i plażować, to niech lepiej jedzie do Grecji czy Tunezji... będzie cieplej, a taniej.
Za ile? ;)
1 wtorek, 15 października 2013 11:06
Nabrałam ogromnej ochoty po tym wpisie i zdjęciach, od dłuższego czasu przegladam w necie zdjęcia Madery i sie napatrzec nie mge :-) A jaki mniej więcej może być koszt takiej kilkudniowej wycieczki (też 2 os. dorosle + dziecko).

Dodaj swój komentarz

Imię:
Twój email:
Temat:
Komentarz: